8 lipiec 2014

Dzień 1717. Dzięki wam czytelnicy za ponad ćwierć miliona kliknięć pamiętniczka. Dziś, to znaczy 9 lipca znowu zaliczyliśmy Uć, ale tym razem tylko badania. Miało być szybko, a wyszło jak zwykle. Na miejscu o 9-tej, pobranie krwi a jest 10.30 o siedzimy czekając ch… wie na co. Trzeba było lekarkę sprowadzić na ziemię oświadczając, że jeśli nikt się nie pojawi w pół godziny, to jedziemy do domu. Pani doktur wyraźnie się zdziwiła, że jak to tak – do domu! Ale w dziesięć minut znalazła kogoś kompetentnego. Badanie nawet nie 10 minut i już można jechać. Przy okazji się dowiedziałem, że mają burdel w papierach, albo nierzetelnie prowadzą dokumentację medyczną. Lekarka, która po raz pierwszy widziała mnie na oczy, z kwitów wyczytała, że nie mam żadnych problemów czuciowych, a przecież od cyców do palców stóp, męczy mnie przeczulica, z którą też sobie medycyna nie radzi. Nie wiem tylko, czy brak tego wpisu to niedopatrzenie, czy celowe działanie. W domku byliśmy tuż po 17-tej. Niestety, od rana czuję się gorzej, ale może to zmęczenie, a może wpływ pogody (tylko weszliśmy  do kwadrata i zaczęło lać). Dochodzi północ i dalej leje. Boję się, że to tąpnięcie, a ja nie mam czasu teraz na takie bzdety! Jak trzeba będzie to na szczęście metypred w koszmarnie gorzkich tabletkach, ale w domu. Jak jutro mnie dalej będzie nap… to cisnę do Bartka po pomoc. Muszę jutro pojechać na rehabilitację, a następnie do szwagiera Jacka na lifting hamowników, a jeszcze muszę Milusia kombajn zawieźć do serwsu, bo jakiś czas temu padło mu gniazdo słuchawek, a sprzęt jest na gwarancji. Trzeba go zataszczyć do Rynku, bo tam jest salon. Dowiadywałem się ile to potrwa i jestem w szoku. Od 21 do 28 dni. Żeby wymienić gniazdko trzeba max 20 minut, a oni całego kompa wysyłają do Warsiawki. Pytam PO CO??? Takie mamy przepisy. Grabie więdną.  Jak mnie sponiewiera to będzie lipa. Tego posta stukam na trzy raty. Pierwsze zdanie powstało wczoraj na Maćka kompie, kilka następnych na Nokii w szpitalu, a kończę na lapku dzisiaj.

O McGyver

Cześć. Jest styczeń 2017r. Na tą chwilę mam jeszcze 44 lata i od ponad siedmiu choruję na FSM (fucking sclerosis multiplex). Od ponad sześciu lat jestem emerytem-rencistą, jako że moja poprzednia firma czyli MSW postawiła na mnie krzyżyk. Mam wspaniałą rodzinę (żonę Renatę i 15-to letniego syna Maćka) dla których chce się żyć. Mogę zaktualizować profil. Jest luty 2020, a ja mam jeszcze 48 wiosen. FSM jest ze mną już ponad 10 lat, a rencistą-emerytem jestem od 9. Renia wciąż mnie wspiera, a Maciek to już prawie 19-letni młody mężczyzna :)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.