22 sierpień 2011- Urlop

No i po kanikułach. Trzy tygodnie poszły i powoli trzeba o nich zapominać. Lapitoka (barwne określenie mojej Maminki) nie brałem ze sobą, bo nie wiedziałem czy na miejscu będzie wi-fi a Acer jest dosyć spory. No i wi-fi było. Odsapnąłem od neta. W komórze aż dwa razy na necie program  tivi sprawdziłem. Da się bez neta żyć… Ale nie za długo 😉 Nokia przydała się, bo mogłem krótkie notatki robić i nie pogubić się w datach i sytuacjach. (Pamięć jeszcze krótsza od tych notek).

Pierwszy tydzień cały plażowy. Prawie. A jak wiadomo „prawie robi dużą różnicę”. Na plaży (Piotrek Pod parasolem bo nie może się przegrzewać) super-a wiater dmi całkiem, całkiem. Po jakimś czasie zaczęło mi w tym cieniu pizgać. To sobie kopytka w słoneczko zapodałem i było git. Do wieczora. Przez ten krótki czas na słoneczku lekutko „przypaliłem” stópki. Przez następne kilka dni stopy wyraźnie unikały słońca. Kolejny tydzień był mokry i wietrzny. Normalna pogoda latem nad naszym morzem. Trzeci tydzień już lepszy. W sumie plażowanie zaliczyliśmy siedem może osiem razy. Trzydzieści procent to i tak niezły wynik. caly 11, 12 i 13 sierpnia praktycznie przesiedzieliśmy w przyczepie. Ja z Ajlawju to już dojrzała „młodzież” i umiemy spędzać czas z książką, czasopismem lub czterma kanałami tivi. Gorzej z młodym. Nudził się przeokrutnie. Mimo że igraliśmy w szachy i karciochy (ileż można grać w pokera z cwanym 11-to latkiem- dobrze że nie na kasę:)) to tą gównianą pogodę słabo tolerował.

Codziennie ćwiczyłem. Co parę dni po południu wybieraliśy się na spacer do Mielna. Pełne kółko to jakieś pięć – sześć kilometrów. Nie dla mnie. Robiliśmy tak. W jedną stronę BUT a w drugą BUS. I jakoś szło. Cóż można poradzić na to, że najbardziej kręcone lody smakują w najdalej usytuowanej budce. Żebym się poczuł dobrze zmęczony to wieczorem haratnąłem z Juniorem dwa sety w ping-ponga. Pozostałe cztery rozegrała Ajlawju z Maćkiem.

Kolejny dzień miałem zwyżkę formy. Odwiedziła nas Reniusi kumpela z chłopakiem. Znowu wyprawa do Mielna (BUS/BUT) i imprezka wieczorem. Ale się na…patrzyłem. Jak bąk. 🙂

Kolejne dni już były słabsze. Wyraźnie czułem deszcz w powietrzu. I spadł. Ale nie musi padać wystarczy niskie ciśnienie. Ajlawju dla podniesienia ciśnienia wciągała kawusię z koniaczkiem (takich mieliśmy zajedwabistych sąsiadów) a ja jod 🙁 .

W przeddzień wyjazdu 19-go tak zaczęło wiać, że pozostałe na polu namioty mało do jeziora nie wpadły, a na następny dzień wymarzona pogoda na podróż. 8 i pół godziny, 3 postoje na siku i prostownie członków (to ja) i w domu. Junior pobił rekord- 47 dni nad morzem. Fajne wakacje. Z moją rodziną, zawsze takie są.

O McGyver

Cześć. Jest styczeń 2017r. Na tą chwilę mam jeszcze 44 lata i od ponad siedmiu choruję na FSM (fucking sclerosis multiplex). Od ponad sześciu lat jestem emerytem-rencistą, jako że moja poprzednia firma czyli MSW postawiła na mnie krzyżyk. Mam wspaniałą rodzinę (żonę Renatę i 15-to letniego syna Maćka) dla których chce się żyć. Mogę zaktualizować profil. Jest luty 2020, a ja mam jeszcze 48 wiosen. FSM jest ze mną już ponad 10 lat, a rencistą-emerytem jestem od 9. Renia wciąż mnie wspiera, a Maciek to już prawie 19-letni młody mężczyzna :)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.