Lato 2010

Powoli nadciągnął czerwiec. Młody cały czas paple o wakacjach, a ja rozmyślam o pierwszym urlopie. Pierwszym „takim” urlopie. Poza tym jaki to urlop, skoro cały czas jestem na L-4. Jakbym miał mało problemów to jeszcze ruszyły się kamyczki w nerce. Komfort. Leję jak strażak przy pożarze. Na wieczór dużo naparu z pokrzywy, no-spa i do ciepłej wanny. Trzeba to po prostu z siebie wypłukać. Parę dni takiej kuracji i już było lepiej. Pokrzywa to jednak debeściarskie ziele na takie hece.

Nie minął tydzień jak z nerkami spokój i znowu problem. W połowie czerwca nadleciał kolejny rzut choróbska. Kulasy zrobiły się słabiutkie i nieskore do współpracy. Chciałem trepki zawiązać. Prawa noga normalnie, a lewa luzik. Ja ją dźwigam do góry a ona po chwili zjeżdża na dół. Zero współpracy. Trzeba jakieś środki zaradcze zastosować, tym bardziej, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Po czterech dniach już ledwo łążę. Gorąca linia z dr. Toporowską i od razu sterydy. Końska dawka Metypredu na dzień dobry. 64 mg, to cztery wielkie piguły. I tak to przez tydzień. Zmiejszanie dawki o 8 mg co tydzień, czyli chemii na dwa miesiące. Wiem co było w grudniu jak za szybko zmniejszyłem porcję. Padłem jak dzik w młodniku po postrzale. Byłem taki mizerny, że 20 czerwca nie miałem siły na Motobazar pojechać :-(.Po sterydach znowu jak truskawka będę wyglądał. Całe plecy i ramiona w syfach. Na szczęście mój dermatolog dr Kisiel z Dolmedu zaopatrzył mnie w specyfiki, które złagodzą i zlikwidują wysypkę. Na szczęście następnego dnia zaczął się turnus rehabilitacyjny w szpitalu na Poświęckiej. Od razu konkretne zabiegi. Tonoliza na lewą nogę i ćwiczenia z rehabilitantem. Po paru dniach doszedł jeszcze masaż i masaż wodny. Głęboka wanna ze dwa metry długa i na jakieś 150 litrów pojemna. Do tego na życzenie chłodna woda (nadworze 40 stopni w cieniu). Pełny luksus. Zabiegi plus prochy przyniosiły efekt. Czułem się w miarę. Do tego pogoda wyżowa powodowała, że nogi spisywały się nieźle. Pomimo niedawnego rzutu, w skali EDSS czułem się na 4.0. Poniżej zamieszczam linka do tej skali.

http://www.ldn.org.pl/viewpage.php?page_id=3

W nocy znowu zacząłem lać. I tak dwa dni co godzinę, dwie. Na trzecią noc urodziłem „synka”. 6 na 8 mm. Dobę później urodziła się „córeczka” . 4 na 4 mm. Parę dni dochodziłem do siebie. Wyniki krwi miałem dobre, ale mocz – z krwią. Pochwaliłem się „dziećmi” pani doktor i usłyszałem, źe przy takich „kamiennych” narodzinach ślady krwi w moczu to normalne. Wyniki po tygodniu byly już lepsze. Jestem naprawdę zadowolony z pobytu na Poświęckej. Ostatnie dwa tygodnie do szpitla dojeżdżałem Burgerem. Na miejscu jest zamykany na noc i strzeżony całą dobę parking. Musiałem tylko kupić plandekę. Wtedy jeszcze budowali obwodnicę i kurzyło się aż miło. Rano bajk by był biały a nie granatowy. Pani ordynator R. Dobaczewska, kadra medyczna i rehabilitacyjna jest naprawdę na wysokim poziomie. Poznałem porządnych ludzi i znów sprawdziło się, że w tej mojej walce, co krok spotykam ludzi życzliwych i nastawionych pozytywnie jak ja. Na Poświęckiej rezydowałem prawie do końca lipca. 30 lipca o 4 rano wyruszyliśmy w kierunku Unieścia. Pojechaliśmy w dwa samochody. Razem z nami jechał mój kolega Jacek Black-Jack z rodzinką, tyle, że oni jechali do Łaz. Całą drogę prowadziłem ja.

Całe wakacje nad pięknym Bałtykiem minęły bez perturbacji. Nie mogłem jak kiedyś chodzić na długie spacery do Mielna na promenadę i  z powrotem. To w sumie jakieś pięć kilometrów. Raz odważyłem się, ale do Mielna pojechaliśmy busem. Wracaliśmy z buta i trochę się złaziłem. Na plaży siedziałem pod parasolem i w koszulce. Nie mogę się wystawiać na ostre słońce. Ból, bo lubię się prażyć na plaży. Pomijając moje zachciewaje prawdziwą radością było obserwować mojego Milusia w wodzie przy zabawie. Jak szczeniak spuszczony ze smyczy. Urlopik był świetny.Trzy tygodnie bez stresów i z rodzinką. Wypocząłem jak zawsze. Po powrocie do Wrocka szara rzeczywistość. Od razu zabiegi w „Creatorze” i akupunktura. 20 września dostałem wezwanie na komisję lekarską w mojej Firmie, która miała się wypowiedzieć o mojej przydatności do pracy w Policji. Cztery dni łaziłem z obiegówką po poliklinice robiąc wszystkie wyniki, żeby na koniec od komisji dowiedzieć się, że niestety z tą chorobą nie mogę już być gliną. Po prostu po 15 latach spuścili mnie z wodą. Liczyłem, że spokojnie będę papiery przerzucał, ale nie. Chyba, że jako cywil. Zawiodłem się i podłamałem. Niby wiedziałem, że tak może być, ale jakaś iskierka nadziei się tliła.

O McGyver

Cześć. Jest styczeń 2017r. Na tą chwilę mam jeszcze 44 lata i od ponad siedmiu choruję na FSM (fucking sclerosis multiplex). Od ponad sześciu lat jestem emerytem-rencistą, jako że moja poprzednia firma czyli MSW postawiła na mnie krzyżyk. Mam wspaniałą rodzinę (żonę Renatę i 15-to letniego syna Maćka) dla których chce się żyć. Mogę zaktualizować profil. Jest luty 2020, a ja mam jeszcze 48 wiosen. FSM jest ze mną już ponad 10 lat, a rencistą-emerytem jestem od 9. Renia wciąż mnie wspiera, a Maciek to już prawie 19-letni młody mężczyzna :)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Lato 2010

  1. Afera pisze:

    Z jednej strony rozumiem procedury Policji które mówią że policjant musi być w 100% zdrowy, z drugiej jednak strony patrząc puszczanie pracownika z 15-letnim stażem jest delikatnie mówiąc niegospodarnością… Tobie Piotrze po raz kolejny pozostaje zagryźć zęby mówiąc „Ja wam KURWA jeszcze pokażę!!!” 😉

  2. Reniołek pisze:

    jak rzadko zgadzam się z Aferą w 100%.
    Piotrze, cieszę się, że piszesz, masz niezwykłą lekkość pisania o sprawach tak ciężkich, chyba wyszedł przy okazji talent literacki 😉
    Masz siłę ruskiej stali i zawstydzający malkontentów optymizm i tak trzymaj, a my trzymamy wszystkie kciuki za 0.0 w skali Kurtzke’go.

Możliwość komentowania jest wyłączona.