Początek Koszmaru.

To będzie pierwszy wpis w tym pamiętniczku.

Jakąś chronologię wydarzeń będę musiał wprowadzić, żeby opisać pokrótce minione prawie piętnaście miesięcy.

Zaczęło się niepozornie. To był chyba 17 październik 2009. Po powrocie z nocnej służby (prawie 15 lat byłem policjantem) przespałem się parę godzin i około 13 wstalem z lóżka. Postawiłem nogi na futrzanym dywaniku i poczułem delikatne zdrętwienie w obu stopach i pas bolesności na wysokości piersi. Wsiadając do samochodu miałem kilka razy coś jak uderzenie prądu. Od czubka głowy aż do koniuszków palców. Dość szybko trafiłem do  neurologa, który polecił szybko zrobić MRI. Nie było to łatwe. Nawet za kasę. Koniec roku, brak miejsc i takie tam. Ale udalo się. W klinice na Pilczycach zrobiłem rezonans. Czekając na wyniki pracowałem nadal i robiłem badania profilaktyczne w poliklinice na Grabiszyńskiej. Moje sensacje co do stanu mojego zdrowia nie zrobiły żadnego wtażenia na pani B. doktor profilaktyk i bez problemu dostałem zgodę na pracę przez kolejne dwa lata. Jedynie internistka coś przeczuwała i dała mi skierowania na wszystko co uważała za konieczne. Potem pojechałem na kolejne MRI, ale tym razem z kontrastem. Było coś w rdzeniu kręgowym. Nie wiadomo co. Wyglądało jak obgryziony paznokieć. Taki półksiężyc. Technik stwierdził, że to może być jakieś zwapnienie albo zmiana demielinizacyjna (cokolwiek by to było). W każdym razie na drugi dzień już z lóżka wstać nie mogłem.

W trybie pilnym przejazd do szpitala wojskowego i na oddział neurologii. Tu po badaniach ( punkcja lędźwiowa, TK, MRI, potencjały wzrokowe) diagnoza…  SM. Na początku chyba nie zahaczyłem o co kaman. Może nie chciałem do siebie dopuścić tej myśli. Ordynator neurochirurgii miał wielką ochotę pogrzebać sobie w moim kręgosłupie. Pewnie by tylko jeszcze bardziej sp…. Nie pozwoliliśmy i wróciłem na neurologię. Odwiedzali mnie i kumple z pracy i ze Stowaszyszenia SWB i wielu innych. Były momenty, że jednocześnie przyszło kilkanaście osób. Pielęgniarki w szoku. Grunt, że o mnie pamiętali. Tu końska ilość sterydów i ciągły trening zmusiły mnie do wstania z wyra. Na miękkich patykach trzymałem się parapetu. Jakbym go puścił to bym glebnął. Tak stałem z kwadrans i zbierałem siły, żeby półtora metra do wózka podejść. I podszedłem. Następny etap to balkonik. To takie urządzenie o które człowiek się podpiera i może przesuwać się do przodu. Pierwszy korytarz – w obie strony ze sto metrów- dreptałem ze czterdzieści minut. Jak dotarłem do lóżka to padłem i spałem do wieczora. Na drugi dzień już było trochę lepiej, mniejsze zmęczenie i troszkę szybciej. Ze szpitala wypuścili mnie dopiero jak potrafiłem ustać przy ścianie i się nie glebnąć. No i wejść na parę schodków. Schody są dla mnie bardzo ważne. To trening i mantra. Do mieszkania na czwarte piętro mam 72 stopnie. Windy niet. Wróciłem do domu i zacząłem odstawiać sterydy. Trochę za szybko. Nogi znów przestały ze mną gadać. Z parteru musieli mnie wnieść na czwarte jak wór kartofli. Mało się nie podłamałem.

To już był koniec listopada 2009. Rozpocząłęm rehabilitację. Polegało to na wykonywaniu ćwiczeń, które pamiętałem ze szpitala. Do tego dołożyłem masaż nóg i masaż stóp- refleksologia. Udrażnianie zakończeń nerwowych. Terapeuci przychodzili do mnie kilka razy w tygodniu. Efekt się pojawił już po pierwszym zabiegu.  Do stóp wróciło ukrwienie i kolor. Po kilku zabiegach mogłem z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić nie patrząc, którego palca ktoś dotyka. To było bardzo dużo.  Do świąt prawie nie wychodziłem z domu.

O McGyver

Cześć. Jest styczeń 2017r. Na tą chwilę mam jeszcze 44 lata i od ponad siedmiu choruję na FSM (fucking sclerosis multiplex). Od ponad sześciu lat jestem emerytem-rencistą, jako że moja poprzednia firma czyli MSW postawiła na mnie krzyżyk. Mam wspaniałą rodzinę (żonę Renatę i 15-to letniego syna Maćka) dla których chce się żyć. Mogę zaktualizować profil. Jest luty 2020, a ja mam jeszcze 48 wiosen. FSM jest ze mną już ponad 10 lat, a rencistą-emerytem jestem od 9. Renia wciąż mnie wspiera, a Maciek to już prawie 19-letni młody mężczyzna :)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na Początek Koszmaru.

  1. Afera pisze:

    Widzę że pierwszy krok w blogowaniu postawiłeś 🙂 Tak trzymaj:)

  2. GAD pisze:

    Trzymaj się Piotrze. Masz wokół siebie ludzi, którzy Cię wspierają, a to jest bardzo ważne.

  3. Trzymam kciuki!Uda się!Wygrasz! pisze:

    Trzymaj się dzielnie! Poczytaj http://esemek.blox.pl/html , znajomy miał wstawiony stent i wiele objawów chorobowych ustąpiło. On miał to robione po wielu latach choroby więc warto spróbować,a przynajmniej się z nim skontaktować!Trzymam kciuki

  4. Trzymaj się Piotr... pisze:

    Wiem co to SM. Wiem, bo też zostałem tym „obdarowany”. I też robię w firmie już 10 rok. SM zdiagnozowano u mnie w 2008. Wtedy to było to tak, jakby ktoś mi dał z piąchy w pysk… Trzymaj się Stary, bo gdy się ma w sobie dobre wibracje i pozytywy – to można góry przenosić. Nie jesteś jedyny, nie pierwszy i nie ostatni… ta choroba to jedna wielka zagadka, a dostajemy ją od naszego własnego organizmu i z reguły oprzychodzi jak wilk z lasu, bez ostrzeżenia. Trzymaj się Piotruś i nie daj się… Ja póki co jeszcze robię w firmie, ale co mi życie przyniesie tego nie wiem. Powodzenia!!!!

  5. Tomek Mazury pisze:

    Sie ma Staruszku!!!
    Widzę że Kolo zaczął się nudzić 🙂
    A może do mnie byś wpadł z rodzinką.
    Dla Was kawałek łóżka i coś do jedzenia zawsze się znajdzie 🙂
    Wiesz, że jest to stałe ZAPROSZENIE.
    Trzymaj się. Pozdrawiam.
    Ja.

  6. TOM pisze:

    Jak czytam twoje wpisy to widzę że moje przyziemne problemy to żadne problemy ,dzięki temu blogowi nabieram dystansu do życia i staram się doceniać że świeci słońce że piwko jest zimne i że moto stoi w garażu.
    Szacun dla Ciebie
    Tom

Możliwość komentowania jest wyłączona.